Kobieta buduje dom

Czy przez brak trawnika można pójść na L4?

Historia o tym jak mi mąż trawnik robił.

Trawnik.jpg

Ukończona budowa wymarzonego domu a wokół pobojowisko. Kiedy wychodząc z domu zakładacie gumiaki, i brodzicie w błocie, starając się nie wpaść w żaden dół (których jest sporo). Znacie to? Wszystkiemu winien mąż, przecież już dawno powtarzałyście : „zrób coś z tym marasem*!”

Uporządkowanie działki to spory koszt, zwłaszcza, że budowa wydrenowała wszystkie oszczędności. Ciułanie przez wiele miesięcy na ekipę ogrodników nie wchodzi w rachubę, zresztą w sezonie mają tyle pracy, że umawiać się trzeba ze sporym wyprzedzeniem.

Podobno przełom kwietnia i maja to najlepszy czas na zakładanie trawnika. Niestety nie dane mi było tego wypróbować. Mimo próśb, gróźb i szantażu szanowny pan mąż palcem nie kiwnął żeby coś zrobić. „Jest jeszcze na to czas!”. No pewnie – on ma go zawsze w nadmiarze! ”Poza tym co nagle to po diable” - zwykł mawiać złotousty mądrala! Żeby mnie jednak trochę udobruchać „załatwił” jakieś krzaczki i byliny od mamusi i znajomych. Ograbił najbliższych z roślinności opowiadając jak mu ciężko w życiu bo ma heterę w domu. Niestety pogoda nie dopisała i darowane rośliny przesadzone do byle jakich donic zgniły! Dlaczego? Bo mój, ”sprytny inaczej”, mąż załadował im gliniastą ziemię ( żeby się zbytnio nie fatygować wykopał dołek tuż przed wejściem do domu! Taki syf dookoła to „stara” się pewnie nawet nie zorientuje!). Nie dość, że podłoże nieprzepuszczalne to jeszcze w donicach nie było otworów. Majowe deszcze zalały wszystko a moja frustracja sięgnęła zenitu! Zastosowałam więc wobec niego niezwykle skuteczną technikę czyli suszenie głowy, męczenie, jojecznie jak zwał tak zwał. Na dłuższą metę nie da się tego psychicznie wytrzymać. „Stara! Przez twoje gadanie dupa mnie piecze!”

Czy przez brak trawnika można dostać L4? Oczywiście!

Jeśli jakimś cudem pomykając po błocie w deszczowe dni mąż nie wywinie orła łamiąc sobie co nieco, to już jojczenie „załatwi” go bankowo. Wiadomo, że stres człowiekowi nie służy. Tym bardziej podatny jest nasz delikwent im bardziej siedzący tryb życia prowadzi. Jeśli dostatecznie długo stresuje się chłopina babskim pojękiwaniem zaczną się pojawiać pierwsze symptomy choroby. Od zwykłej niestrawności po zapalenie gruczołu krokowego. „To wszystko przez Ciebie, chcesz mnie wykończyć! Ciekawe kto Ci wtedy zrobi to wszystko wokół domu?”

„Ciekawe kto?” No właśnie!

Postanowiłam oszczędzić biedaka bo w końcu dzieci potrzebują ojca. Zabrałam się do wydawałoby się najprostszej czynności – oczyszczania terenu.

Po zakończeniu budowy działka była bardzo zaśmiecona. Mąż niby wtedy posprzątał, ale to tak z grubsza. Dzieciom zabronił chodzić po całej działce, bo w jednym rogu zrobił małe gruzowisko. Stwierdziłam, że go zawstydzę i wysprzątam wszystko. Mąż oczywiście opromienił mi ten cudowny dzień pracy swoim szerokim uśmiechem wręczył łopatę, rękawice
i rzekł : Teraz masz okazję się wykazać! Nie zawiodłam! Zebrał się spory kontener odpadów. Pana nie-rychłego zaś musiały dopaść wyrzuty sumienia, albo zbyt głośno stękałam, ponieważ do kolejnego etapu przystąpił z własnej woli.

Następną czynnością niezbędną do posiadania pięknego, równego trawnika było zniwelowanie nierówności. W naszym przypadku nawet sporej. Dodatkowo istniała potrzeba podniesienia nieco terenu. Nie wspomnę już o jakości tej gliniastej gleby, którą i tak trzeba by było „rozluźnić” (posiadaczom gleb gliniastych przyda się piasek i torf, posiadaczom ziem piaszczystych - glina i kompost). Mąż porozmawiał z kim trzeba, niebawem przyjechał pług, zaorał wszystko a zaraz potem wywrotki z ziemią oraz piaskiem. Spycharka rozparcelowała wszystko po działce. Niestety ziemia nie była zbyt dobrej jakości – było sporo kamieni. Wybieranie ręczne dobiłoby mój mocno nadwyrężony sprzątaniem działki kręgosłup. I znowu przyjechał pług, przeorał wszystko mieszając nową warstwę żyznej gleby z naszą ciężką gliniastą. Następnie ręcznie z użyciem grabi i z pomocą rodziny usunięte zostały kamienie, korzenie, kawałki roślin. Teściowa nie mogła nam przy tej okazji darować żeśmy nie zbronowali wcześniej terenu (glina ma tendencję do zbrylania, zbronowanie wszystkiego rozbiłoby grudki). Mąż więc w złości rozbijał grudy grabiami krzycząc w duchu: „Ja Ci pokażę!”. Ręcznego rozbijania grud nie polecam! Natomiast na etapie grabienia ważne jest staranne wyrównanie terenu. W dołach zbiera się woda i trudniej się kosi. Równając teren warto nadać mu lekki spadek 1- 3% , który ułatwi szybki odpływ wody podczas ulewnych deszczów. Jeśli waszą działkę zalewa woda dobrze jest zrobić na tym etapie odwodnienie. Trochę trudniej będą mieli Ci, którzy nie będą mieli dokąd nadmiaru wody odprowadzić. Tak było w naszym przypadku. Rozwiązaniem takiej sytuacji jest albo nie robienie drenażu, albo wykonanie studni chłonnej, którą woda przedostanie się do bardziej przepuszczalnych warstw gruntu. My postanowiliśmy nie robić nic. Z czasem się okaże czy zrobiliśmy dobrze.

A teraz stara dreptaj po całej działce” czyli ubijanie terenu.

Dreptać owszem można, ale jak jest mała działka. Ja użyłam wałka i jeździłam z nim wzdłuż i wszerz po całym terenie przyszłego trawnika.

Trawa potrzebuje zawartego podłoża (zwartego ale bez grud). Po tym etapie zrobiłam przerwę. Ręce mi krwią ociekały. Pęcherze nabyte podczas grabienia popękały przy wałowaniu! A poza tym pogoda- czerwcowe upały - sprawiły, że sił już nie miałam. Po drugie teren na którym postawiliśmy dom był niegdyś mocno zachwaszczony. Na sąsiedniej działce cały przegląd pospolitych chwastów. Sąsiad nie był skory do systematycznego koszenia, a tym bardziej do walki z chaszczami. I znowu nachalne nagabywanie męża „co robimy”?

 

„Rób jak uważasz”! I zrobiłam - chemiczne odchwaszczanie. Kupiłam 8 litrowy opryskiwacz ręczny ( 50-80 zl) i środek chwastobójczy (ok 30zl/l). Po około miesiącu powtórzyłam oprysk. A potem już tylko systematycznie wyrywałam wyrastające chwasty, klnąc, oczywiście, pod nosem na sąsiada.

Według mądrych źródeł po opryskach trzeba odczekać około miesiąc do siewu. Nam się nie spieszyło - lato w pełni, chwasty nadal miały się dobrze. Byłam zmęczona, co dziwne, mąż również - „ Jak tylko pomyślę o tym trawniku to mi się wszystkiego odechciewa!”.

Już zapomniałam jaki on jest zabawny!! Zaproponowałam mu, żeby siew przełożyć na wrzesień. Nadal będzie ciepło, ale nie tak upalnie. Stwierdził, że jesienią będzie mu się bardziej chciało. W międzyczasie nieustannie sprzątałam w domu, bo każdy podmuch wiatru zamiatał kurz, brud i piach do środka. Sukcesywnie usuwałam chwaściory, zwalczając pokusę polewania ich nierozcieńczonym środkiem. Zgłębiłam również temat nawożenia gleby. I tutaj (co nie powinno było być zaskoczeniem) dowiedziałam się , że najlepiej jesienią rozrzucić nawóz organiczny. Szlag! Jesienią to przecież my w błocie brodziliśmy. Kto wtedy myślał o nawożeniu? Dla spóźnialskich takich jak my najlepiej sprawdzają się nawozy do trawników rozrzucone na glebę przynajmniej tydzień przed siewem. Na szczęście z odczynem gleby nie było problemów (preferowane lekko kwaśne - pH 5,5-6,5). Wizja wapnowania terenu zmroziła mnie w upalny dzień. Pewnego dnia, szanowny pan mąż pracując w swoim małym, domowym gabinecie rzucił od niechcenia: „A co z nawodnieniem?!”

 

Nie bardzo chciało mi się wykopywać rowków. Z drugiej strony zawsze lepiej teraz niż w przyszłości w ubitej ziemi i wyrośniętej trawie. Nie do końca też byłam przekonana czy warto u nas to robić. Odwodnienia nie mamy a nawadniać będziemy?. Ale zaraz potem pomyślałam o tych suchych, ciągnących się w nieskończoność dniach, o żółtej trawie i o tej biednej teściowej, co wieczór cały biega z konewką po swojej 18 arowej działce ratując rabaty kwiatowe (na marginesie – teściowa mieszka obok nas ). Ostatecznie zdecydowaliśmy się do założenia instalacji nawadniającej tylko w części działki, tam gdzie planujemy strefę rekreacyjno - wypoczynkową. Druga część, która w przyszłości zostanie przeznaczona pod niewielki sad i warzywnik została nienaruszona. System zawsze można rozbudować gdyby nam się plany zmieniły. Oczywiście nie trudno się domyślić, że wszystko zrobiliśmy sami. Wielkoduszny małżonek sprostał zadaniu i z ochotą zabrał się do pracy. Koszt wykonania nawodnienia przez firmę dla ok 1000m2 ogrodu to wydatek ok 11-15 tys. Wykonanie nawodnienia samemu zbija tą cenę do około 3 tys. Tyle średnią kosztują materiały. Ta różnica to chyba najlepszy motywator dla niezdecydowanych. Może się to wydawać skomplikowane, ale po obejrzeniu krótkich filmów instruktażowych okazuje się całkiem proste. Wykopanie rowów oraz dołu na studzienkę z rozdzielnią to najcięższa praca. Potem wystarczy tylko rozłożyć rury w rowach, podłączyć rury w studzience i wyprowadzić zraszacze na odpowiednią wysokość. Co to dla nas zaprawionych w boju o piękny trawnik!

Po wykonaniu instalacji i przysypaniu rowów usłyszałam „Resztę zrobisz już chyba sama!

Nawożenie. Postanowiłam przyłożyć się do tego, aby przyszłej trawce niczego nie brakowało. W tym celu nabyłam nawóz do trawników. Po obfitym rozrzuceniu (niestety ręcznie) lekko zgrabiłam teren mieszając w ten sposób granulki z glebą. Po 3 tygodniach mogłam przystąpić do upragnionego etapu. Z przyczyn ekonomicznych zdecydowałam się na trawę z nasion a nie gotową z rolki. Prosiłam męża o doradzenie w kwestii wyboru nasion. Ale usłyszałam tylko „wybierz coś fajnego”. Wybór jest ogromny, tak jak i rozpiętość cenowa produktów. Wybrałam mieszankę traw przeznaczoną na trawniki rekreacyjne oraz przydomowe (110zl/10kg co wg producenta starcza na obsianie 400m2). Wcześniej kolejny raz lekko zgrabiłam ziemię. Przed sianem warto sprawdzić prognozę pogody. Lepiej się wstrzymać w przypadku prognozowanych obfitych opadów. Woda może spłukać nasiona i zamiast pięknej murawy otrzymamy placki i gołe miejsca. Ja zbyt szczodrze rzucałam nasionami i w rezultacie zabrakło mi na kawałek działki, ale takie jest właśnie ryzyko w przypadku wysiewu ręcznego - „na oko”. Lepiej użyć do tego siewnika. Oczywiście moją fuszerę w mig zauważył głównodowodzący pan mąż: „Zostawić babę samemu, znowu wszystko muszę zrobić sam!”. Dokupił nasiona i wysiał je, oczywiście, „lepiej” ode mnie.

Ja w tym czasie przysypywałam nasiona ziemią. Niektórzy zalecają zagrabianie, ja już siły na to nie miałam, więc sobie chodziłam i rozrzucałam ziemię. Potem zostało już tylko kolejne wałowanie, podlanie rozproszonym strumieniem wody (w naszym przypadku włączenie zraszaczy) i czekanie.

Po 3 tygodniach dumny pan domu wyjechał swoją nową czerwoną kosiareczką w teren.

- „Ale Ci stara trawnik zrobiłem”!

- Oui Oui, co ja bym bez Ciebie zrobiła?!

- „Zginęłabyś jak ciotka w Czechach!”

Trawnik – wydawałoby się prozaiczna sprawa. Prace rozpoczęliśmy na początku czerwca, zakończyliśmy w połowie września. Dalszy komentarz wydaje się być zbędny.

To Ja powinnam dostać L4! Albo sanatorium!


 

 

* maras – po śląsku – błoto, brud